Jedyne zwierzątka jakie miałam to chomiki
Śmierć każdego z nich przeżywałam tak, jakby ktoś bliski odszedł, no bo w sumie traktowałam je jak swoje dzieci
_________________ Wczoraj kwiatki sypała w kościele.
Dziś z kwiatków balsam smaruje po ciele.
Imię: Daria
Wiek: 17 Dołączyła: 10 Sie 2009 Skąd: Gdańsk
Wysłany: 2010-08-29, 16:08
Jak byłam malutka, w domu był chomik, zdechł po jakimś czasie, ale ja tego za bardzo chyba nie przeżyłam, za mała na to byłam.
Teraz mam od ponad czterech lat kotkę, jestem z nią zżyta niesamowicie, źle mi się robi na myśl, że kiedyś jej zabraknie, ale staram się za dużo o tym nie myśleć, tylko cieszyć się każdą chwilą z nią spędzoną.
_________________ 28.05.1992r. - 21.02.2008r. [*]
09.12.1978r. - 12.02.2010r. [*]
Zawsze w moim sercu...
dwa lata temu zdechł mój pies w wieku 17 lat, rodzicie wzięli go przed moimi narodzinami, choć odczułem stratę po jego śmierci, to jednak śmierć to nie powód do załamania i z czasem smutek ustąpił
_________________ Zresztą, Miłość w naszych czasach nie Istnieje
Trzeba robić Melanż
I się nie Przyzwyczajać
Wczoraj moja suczka Sonia zdechła
Rodzice nie chcieli mi powiedzieć od razu, mieli zrobić to dzisiaj.
Cały wieczór nie mogłam powstrzymać się od płaczu... dzisiaj jest podobnie.
Na szczęście mam jej zdjęcia... eh...
Pies którego moi rodzice kupili gdy miałam dwa lata miał 13 lat. Już nie widziała tak dobrze i nie słyszała tak jak była mniejsza. Gdy 10 miesięcy temu byłam z nią na spacerze została przejechana. Cała noc płakałam i obwiniałam się o to. Zresztą do tej pory czuje się winna za to że skończyła w ten sposób. Miałam nadzieje że zdechnie ze starości a nie dlatego że jej nie dopilnowałam na spacerze.:rozpacz: 3 miesiące po stracie suczki uprosiłam rodziców o nowego psa. Teraz jest to tylko i wyłącznie mój pies i na pewno nie pozwolę by jej się coś stało.
Ja miałam szczurka. Imał się Fredek. Był kompletnym, ale równocześnie najukochańszym i najsłodszym idiotom na świecie. Nie lubił wychodzić z klatki, nie gryzł kabli, lubił mojego kota. Któregoś dnia zauważyłam, że Fredek ma guza na boku. Guz rósł i zaczął być brzydki, więc pojechałam z moim ogonkiem do weterynarza. Weterynarz przeprowadził zabieg wycięcia guza, bo okazało się że jest to tylko guz w tkance podskórnej i można go wyciąć. Przyjechaliśmy do domu i Fred miał odpocząć. Kiedy spojrzałam na niego zauważyłam, że rozgryzł sobie szwy. Pojechaliśmy więc na drugie zszywanie. Teraz założyłam mu kaftanik. Nic to jednak nie dało. Szczury są na tyle elastyczne, że w nocy przecisnął się przez kaftan i przegryzł szwy znowu. Rano już nie żył. Opłakiwałam go wiele dni. Pierwsze trzy nic nie jadłam. To było 11.11.2009 roku.
Tęsknię. Nie chcę innego szczura.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum